Nocny spacer po hali. Minęło kilkadziesiąt lat od czasu gdy pierwszy raz ubrany w szary skafander  postawiłem moje stopy, obute w robotnicze trepy, na drewnianej posadzce tej obcej wtedy „planety”. Wszystko się tu zmieniło. Nowe maszyny, nowe posadzki, drzwi, okna no i oczywiście ludzie.

      Wskazówki zegara pokryły się pokazując północ. Przygaszone oświetlenie skrywa zastygłe w oczekiwaniu na sygnał do pracy potężne ramiona żelaznych robotników. Krok za krokiem przemierzam w czasie i przestrzeni halę – kiedyś obcą i dziką, a dziś znaną i ujarzmioną „planetę”. Czerwone ramiona drzemiących mocarzy zmieniają kolor na jasnokremowy, epoksydowa posadzka przechodzi w drewnianą pokrytą warstwą lepiku i gumy z kół spalinowych wózków widłowych. Nowoczesne zespolone okna w nagłej metamorfozie stają się pożółkłymi tu i ówdzie popękanymi szybami osadzonymi w metalowych ramach, a automatycznie sterowane, aluminiowo-szklane rolety morfingują się niczym obrazy w programie graficznym do zardzewiałych, nigdy nie domykających się skrzydeł wjazdowych bram. W oddali dostrzegam kontur Środkowej Budy. Chwilę próbuję przebić się wzrokiem przez półmrok aby  upewnić się, że przez nigdy nie myte szyby przebija się z wnętrza pomieszczenia światło świadczące o czyjejś obecności. Ostrożnie zbliżam się do drzwi gotowy do uniku przed wybełtanymi z wodą herbacianymi fusami, które często są wylewane na drogę przez szybko rozsunięte drzwi kanciapy. Odchylam powoli przesuwne drzwi z mosiężną kulą zamiast klamki i zaglądam do środka. Tyłem do drzwi siedzi brygadzista Stachu pracowicie odbijając kółkiem zdemontowanym z rejestratora, godziny wejść i wyjść na kartach zegarowych członków swojej brygady. Przy stole po prawej Marek z lutownicą w ręku lutuje płytkę zegara cyfrowego na scalaku MC1206. Przy zielonym monitorze przemysłowego PG675 lśni łysina Mirka kodującego grę w kości, której życie skończy się wraz ze śmiercią PG685 – następcy PG675. Nie chcę im przeszkadzać. Delikatnie zamykam drzwi i w mroku ledwie oświetlonej hali idę w kierunku Budy na Końcu. Tutaj normalne drzwi. Otwieram – w środku nikogo nie ma. Wchodzę i siadam przy mojej pierwszej szafce, którą wraz ze Zbyszkiem wykonaliśmy w zadziwiająco krótkim czasie z dostępnych na hali blach i kątowników. Po chwili wchodzi Zygmunt – nasz mistrz zmianowy. Patrzy po budzie jakimś nieobecnym wzrokiem. Na chwilę zatrzymuje skanowanie pomieszczenia i zaczyna mi się przyglądać jakby chciał zapytać „a Ty co tutaj robisz ?”.

– Zgrzewarka rolkowa padła, potrzebne są nowe kości logiki – zagaduję. Zygmunt powoli, ostentacyjnie obmacuje się po kieszeniach i dalej patrząc na mnie tym nieobecnym wzrokiem mówi :

– Wiesz co ? Chyba nie mam. 

Odwraca się do wyjścia, a kąciki jego ust  lekko się uśmiechają jak zwykle gdy uda mu się jakiś żart. Czekam. Przez ściany budy bez okien dobiega rzężenie przenośników łańcuchowych podwieszonych pod dachem hali. Po chwili drzwi otwierają się ponownie. Do środka wchodzi Jacek z torbą narzędziową na ramieniu.

– Nie najlepiej dziś wyglądasz.

– I takoż też się czuję – odpowiada na mój żart. 

Odkłada narzędzia na ziemię, siada i nieobecnym wzrokiem patrzy przed siebie. Wstaję i wychodzę delikatnie zamykając drzwi. Czuję, że mam mało czasu, a chciałbym jeszcze zobaczyć Budę na Początku. Pomimo panujących ciemności przyspieszam kroku i po chwili stoję przed Początkową Budą. Bez wahania wchodzę do środka. Ta buda jest najmniejsza, taka klitka. W środku siedzi Krystian. Wyciągam rękę aby się przywitać ale wszytko zaczyna się rozpływać we mgle tak gęstej jak „ze studzien stu” . Po chwili mgła opada. Rozglądam się dookoła: stoję na epoksydowej posadzce, wokół jasno, a  ramiona żelaznych robotników znów są czerwone. Jest godzina piąta rano. Ktoś załączył oświetlenie bo czas uruchamiać linie produkcyjne. Za godzinę przyjdą operatorzy i ramię w ramię z żelaznymi robotnikami rozpoczną produkcję nowej generacji towaru, który trafi do salonów na całym świecie.

       Pierwszy odszedł Krystian. Wracając z porządkowania grobów w przeddzień Wszystkich Świętych wyprzedzał na łuku drogi i zderzył się czołowo z jadącym z naprzeciwka Polonezem ginąc wraz z Żoną. Drugi chyba był Marek. Zmarł w szpitalu po operacji. Jacek nie wiadomo – szeptali, że strzelił  samobója. Stachu przegrał z nowotworem podobnie jak Mirek i Zygmunt.

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *